sobota, 9 lutego 2013

Sen


Blade światło ledwo tu dociera, z trudem tnąc zakurzone powietrze. Stare mury chronią przed dniem, który powoli przestaje istnieć, a ja mam dość świec, inkaustu i papieru by nie przestawać pisać. Zapędzili mnie aż tak daleko, gdzie, na swoje nieszczeście, sami mnie nie dopadną. Nie dam im satysfakcji. Miliony kresek, kropek, liter i znaków, które są moim brzemieniem, musi znaleźć drogę ucieczki z tej pułapki. Nie wiem jeszcze, jak to zrobię. Przyszłość jest nieprzenikniona, już nawet nie widać konturów. Zakładam, że ona też powoli znika.

W rzeczywistości mnie nie ma. Jestem tylko piosenką na swój temat, widmem, u którego podstawy leży kłamstwo- zaprzeczenie. Bezskutecznie dowodziłem swojego istnienia na wszystkie możliwe sposoby- byłem mistrzem, majstrem w tym kunszcie, prawdziwym kowalem wszelkich form i sytuacji. Chciałem dowieść bytu, a możliwe to było tylko przez kontakt. Prowokowałem ból i rozkosz, bezskutecznie, gdyż wszystko jednako rozpływało się we mgle. I budziło gniew moich oprawców.

Jak już pisałem, nie dam im się, a te słowa są pierwszą literą buntu. Zaprzeczają, kłamią, tworzą wizję. Otoczę się nimi, zbuduję swoją twierdzę, swój mur, aż nic nie będzie mogło przedostać się przezeń i wtedy wygram. Stworzę legion snów i legnę weń z ulgą, złożywszy zmęczone skronie na podołku Morfeusza. Usnę wtedy spokojnie, nie dręczony czernią bezsnu i braku, wreszcie wypełniony. Wreszcie w moim śnie, w moim kłamstwie, piewca nieprawdy.

Papier jest głodny.