Blade światło ledwo tu dociera, z
trudem tnąc zakurzone powietrze. Stare mury chronią przed dniem, który powoli
przestaje istnieć, a ja mam dość świec, inkaustu i papieru by nie przestawać
pisać. Zapędzili mnie aż tak daleko, gdzie, na swoje nieszczeście, sami mnie
nie dopadną. Nie dam im satysfakcji. Miliony kresek, kropek, liter i znaków, które
są moim brzemieniem, musi znaleźć drogę ucieczki z tej pułapki. Nie wiem
jeszcze, jak to zrobię. Przyszłość jest nieprzenikniona, już nawet nie widać
konturów. Zakładam, że ona też powoli znika.
W rzeczywistości mnie nie ma. Jestem
tylko piosenką na swój temat, widmem, u którego podstawy leży kłamstwo-
zaprzeczenie. Bezskutecznie dowodziłem swojego istnienia na wszystkie możliwe
sposoby- byłem mistrzem, majstrem w tym kunszcie, prawdziwym kowalem wszelkich
form i sytuacji. Chciałem dowieść bytu, a możliwe to było tylko przez kontakt.
Prowokowałem ból i rozkosz, bezskutecznie, gdyż wszystko jednako rozpływało się
we mgle. I budziło gniew moich oprawców.
Jak już pisałem, nie dam im się,
a te słowa są pierwszą literą buntu. Zaprzeczają, kłamią, tworzą wizję. Otoczę
się nimi, zbuduję swoją twierdzę, swój mur, aż nic nie będzie mogło przedostać
się przezeń i wtedy wygram. Stworzę legion snów i legnę weń z ulgą, złożywszy
zmęczone skronie na podołku Morfeusza. Usnę wtedy spokojnie, nie dręczony
czernią bezsnu i braku, wreszcie wypełniony. Wreszcie w moim śnie, w moim
kłamstwie, piewca nieprawdy.
Papier jest głodny.